nutrit blog

Twój nowy blog

Dzień 0.

12 komentarzy

Przypadkowe spotkanie z dobrą koleżanką sprzed lat. Rozmowa o szkole. I nagle, niespodziewanie, jak grom z jasnego nieba: „Wiesz, nie przytyłaś aż tak bardzo.”

Dlatego dziś zaczynam oliczanie. Ponownie.

KAIZEN!

źle

Brak komentarzy

Jestem uwięziona w mieszkaniu. Chowam się we własnym pokoju ubrana w najluźniejsze ciuchy jakie tylko mogłam znaleźć w szafie. Łzy napływają mi do oczu. Chcę wyjść, pobiegać, ale wstyd mi na to nie pozwala. Nigdzie nie wychodzę. Nic nie robię. Jem. Jak mam się pokazać ludziom?! Taka słaba, żałosna i gruba. Nie mam siły. Znów się poddałam i nie umiem się podnieść. Rwę włosy z głowy, płaczę, wycieram twarz rękawem. Utknęłam. 

Dzień 10.

2 komentarzy

a ja słabnę. Coraz bardziej. Po szkole nie mam już siły, by wrócić do domu w norlnym tempie. Czuję, jakby moje mięśnie były oddzielone od reszty ciała. Wlokę się przez miasto modląc się o supermoc. Dochodząc wreszcie do domu czuję nieopisaną ulgę i jedyne o czym marzę to obiad. Kadę się jednak na kanapie przed telewizorem i leżę tak bezmyślnie przez godzinę albo dwie by tyko nie zjeść obiadu zbyt wcześnie bo inaczej nie miałabym siły na trening. Potem rzucam się na żarcie. Odgrzewam je w mikrofalówce i przez dwie minuty patrzę z zafascynowaniem jak kręci się w koło. Magia! Ale kiedy już je wyciągnę i z widelcem w łapie zastanawiam się od czego by tu zacząć nachodzi mnie myśl: „Jesteś w stanie zjeść to wszystko? No chyba żartujesz! Połowa ci starczy w zupełności!„. Więc wyrzucam połowę, jak kazała. Miała rację. Nie jestem w stanie zjeść nawet tego, co mam na talerzu, ale jem, bo nie zabroniła. Ha! Udało się! Rozwalam się na kanapie, a żołądek daje o sobie znać. Staram się nie obracać w jej stronę, ale czuję, jak patrzy na mnie z politowaniem. Na zegarku 16:15, a ja wiem, że następny posiłek dopiero następnego dnia  o 6:20. 

Mój zeszyt. Nowiutki. Niebieski, jak poprzedni. Ale z serduszkiem na okładce i napisami w nieznanym mi języku. Każda strona to jeden dzień. Każda linijka to jedna spożyta rzecz. Otwieram i piszę. Nie umiem przypomnieć sobie wszystkiego. Ogarnia mnie przerażenie, bo zapisałam już pięć linijek, a końca nie widać. Ciągle coś dopisuję. Robi mi się gorąco ze strachu. Co teraz? Co ja zrobię skoro już się złamałam? Zbliża się nieuchronne. Zwątpienie i załamanie. Może przeliczę jeszcze raz. Może nie przkeroczyłam 600 kcal. Liczę, ale cyfry skaczą jak oszalałe. Przechodzą w setki, by za chwilę ułożyć się w tysiące. Updam na koana, a łzy napływają mi do oczu. Stwierdzam, że to już koniec, że nic nie ma sensu i idę jeść. Czekolada, ciaskta i bita śmietana. Wszystko w zasięgu ręki.

I wtedy się budzę. Przeżywam chwile grozy nim dojdzie do mnie, że to tylko sen. Nieopisana ulga. I to mnie właśnie martwi

Zgroza

2 komentarzy

Babcia nadciąga. Pruje przez polskie drogi swoim nowiutkim autkiem o dziwnym kolorze robionym na zamówienie. Roztacza wkoło zapach nowości. Ale czuć coś jeszcze! O, tak! W bagażniku torby, a w nich ciasta, ciasteczka, czekoladki i serniczki.                         Pozostaje mi tylko się bać… i modlić, by dzień 6. nie stał się katastrofą.

4. dzień rozpoczął się dla mnie 40 minut temu. Następne kilkanaście godzin będzie ponownym testem silnej woli. Mimo to obudziłam się z uśmiechem na ustach. Wstając poczułam przyjemny ból mięśni przypominający mi, ile wczoraj pzebiegłam. Błogosławiony karnet na siłownię! 

Przerażona pospiesznie wrzucałam wszystko do pudła. Na pierwszy ogień poszedł niebieski zeszyt. Obiekt mojej nienawiści. Skrupulatny skurwiel wyliczający mi każdą kalorię, jaką pochłonęłam przez te wszystkie długie tygodnie. Uśmiechnęłam się lekko do siebie widząc go na dnie kartonu. Następna poleciała Kate Moss wraz z Gemmą, a za nimi kolejne boginie. Ale te prawdziwe. Nie żadne szmaty chude z natury, o nie! To były te które zapracowały sobie na swoją perfekcję. Zerknęłam w ich stronę ostatni raz zanim pogrzebałam je pod stosem karteczek różnych kolorów i rozmiarów. Dotąd poupychane w najróżniejszych zakątkach mojego pokoju zawsze niespodziewanie, drukowanymi literami przypominały mi o moich celach, na wypadek, gdybym zapomniała, że chcę być chuda. Do tego tabele kaloryczne, których używałam jedynie z przyzwyczajenia, bo dokładnie pamiętałam każdą wartość energetyczną wszystkich produktów jakie zwykłam spożywać. Zanurkowałam pod łóżko i wyłowiłam kilka plastikowych pudełek. To do nich zawsze cichutko przekładałam obiad, by wyrzucić go przy najbliższej okazji. Pozostała tylko drewniana szkatułka z koralikami pod którymi kryły się herbatki z senesu i tussipect. Na sam koniec czerwona bransoletka. Moja Strażniczka, która zwykła mnie upominać zawsze, gdy sięgałam po zakazane. Teraz leżała na tej stercie rzucona kompletnie bez należytego jej szacunku. Rozejrzałam się po pokoju, by upewnić się, czy czegoś nie zapomniałam. Ana stała z boku oparta o ścianę. Wiedziała, że prędzej czy później do niej wrócę, w końcu nie pierwszy raz się od niej odwracałam. Skrzyżowała chudziutkie ramiona i ze spokojem przyglądała się temu co robię, pewna, że za kilka dni przyczołgam się z powrotem błagając by mnie przygarnęła. Spojrzy wtedy na mnie z pogardą i politowaniem, a widząc moje zapłakane oczy poda mi kubek z czterema lub pięcioma torebkami senesu. Nie tym razem, zdradliwa kurwo! Syknęłam, a ona już otwierała usta by coś powiedzieć, gdy zadzwonił domofon. Pobiegłam otworzyć drzwi. Zuza z miejsca sie na mnie rzuciła. Prawdziwa przyjaciółka. Przybiegła zaraz po moim telefonie. Patrzyła na mnie z troską gdy cała we łzach szybko i niewyraźnie opowiadałam jej jak znalezione w internecie zdjęcie wychudzonej i ledwo żywej dziewczyny sprawiło, że wreszcie przejrzałam na oczy. Nagle dotarło do mnie, że tak właśnie wygląda mój ideał. Zapragnęłam żyć normalnie. I wyrzucić Anę raz na zawsze. Zuza słuchała bez słowa. Gdy skończyłam wstała i przykryła pudło. Idziemy je spalić, zawyrokowała. Teraz nie ma gdzie. Później to zrobimy, jak ludzi nie będzie. Narazie schowam je tu, żeby mama nie widziała. Powiedziałam wrzucając je na samo dno szafy. Zuza rzuciła mi jedynie podejrzliwe spojrzenie nic jednak nie mówiąc zabrała się za robienie kawy. Posiedziałyśmy jeszcze chwilę, a potem poszła. Zostałam sama. Po raz pierwszy od bardzo dawna nie było nawet Any. Poczułam wolność tak różną od tej którą czułam będąc głodna. Byłam szczęśliwa. Niemal zapomniałam o wszystkim, co mnie spotkało. Pudło pozostawiłam w szafie. Chuj jeden wie, czemu go nigdy nie spaliłam.  

Dziś nie mam już na to siły. Moje niczym niewyjaśnione szczęście ulotniło się już dawno temu, w chwili, gdy wreszcie dopuściłam do siebie myśl o tym, czy się stałam. A stałam się najnędzniejszym z nędznych i godnych politowania stworzeń, jakie tylko mogłam sobie wyobrazić. Dołączyłam do tych słabych ludzi z których kiedyś szydziłam. Tych, którzy nie są na tyle silni, by dotrzeć do swojego celu i własną słabością niweczą krok po kroku wszystko, co udało im się osiągnąć.

Radość czerpana z aromatu kawy unoszącego się rano w mieszkaniu. Zatraciłam ją gdzieś w rutynie szarego dnia. Bieg po parku, ciepła kąpiel, siedzenie w wygodnym fotelu, zatopienie się dźwiękach dobrej muzyki. Wszystko to gdzieś zniknęło, straciło swoją wartość. Przestałam już karmić się innymi zmysłami. Zapomniałam, że tak można. Zapomniałam, czym jest głód, czystość i perfekcja. Poddałam się prymitywnym instynktom, skupiając się na zaspokojeniu podstawowych potrzeb, z nawiązką.

Ale teraz odżywają wspomnienia. Wszystko co złe już dawno wyblakło w wiecznie narastającym świetle moich ideałów. Zdaję się nie pamiętać godzin przepłakanych nad talerzem. Ból i brak siły na cokolwiek też staje się niewielką ceną za dotarcie do celu. Warto, naprawdę, bo stawką są moje marzenia.

Ano, widzisz jak niesłowna jestem. Po raz kolejny wracam. Stoję pod Twymi drzwiami wiedząc, że to dopiero początek mojej drogi. Boję się, ale jest już zbyt późno by zawrócić nawet nie próbując.

Puk, puk. 


  • RSS